Copyright © 2011-2019 Aleksander Kalinowski
logo

Tour de Olimp

Nie samym fotografowaniem samolotów człowiek żyje, więc zatankowawszy pod korek swoją wypożyczoną wyprawówkę ruszyłem greckimi serpentynami na podbój masywu Olimpu. Plan tworzył się wraz z kolejnymi kilometrami na liczniku, i tak z Leptokarii udałem się do Elassony, bo według przewodnika miała być to miejscowość u podnóża Olimpu z pięknym łukowym mostem i klasztorem górującym nad miastem. Łukowy most owszem był, ale wcale nie taki piękny a i suchą nogą można było przejść na drugi brzeg i bez niego, bo rzeka wyschła. Klasztor też był ale zamknięty na cztery spusty. Miasto też specjalnie nie zachwyciło i zdecydowanie nie było u podnóża Olimpu, które zostawiłem 10 km wcześniej. Szkoda zatem czasu, trzeba kierować się z powrotem na Olimp. Droga jest bardzo kręta, z dużym nachyleniem, zdecydowanie bardziej widokowa niż polecana Elassona. Co ciekawe na Olimpie leży śnieg, a pokładowy termometr wskazuje 29*C. Mijając kolejne zakręty, wioski i upartą zwierzynę wylegującą się na drodze dojechałem do Katerini, czyli znów nad morze Egejskie. Z Katerini do hotelu miałem jakieś 40 minut jazdy i w zasadzie na tym zakończyła by się moja wyprawa gdyby nie drogowskaz (notabene jedyny nie po grecku) na miejscowość Litochoro, o której trochę czytałem, m.in. to, że w dosłownym tłumaczeniu oznacza kamienne miejsce, co później potwierdziło się. Tak wąskich i nachylonych pod takim kątem uliczek nie widziałem nigdy w życiu. Miasto jest usytuowane na skale u podnóża masywu Olimpu od strony morza Egejskiego. Z tego też miasta prowadzi droga do schroniska, z którego wchodzi się na Olimp. Jak się później okazało – i to dopiero po powrocie do kraju – na podstawie geotagowania zdjęć, droga którą wspinałem się do góry swoją dzielną wyprawówką wcale nie prowadziła do schroniska, a wysoko w góry, więc przy większym zasobie czasowym miałbym szansę na pobicie rekordu wysokości jaki osiągnął samochód miejski 😉

  • Share